Redaktor The Verge postanowił zbadać, co się dzieje, gdy film powstaje całkowicie z użyciem generatywnej sztucznej inteligencji. Obejrzał produkcję z trzema angielskimi bohaterami fantazjującymi o megasławie - scenami rozgrywającymi się w przytulnym londyńskim pubie, pełnymi coraz bardziej ekstrawaganckich marzezeń o imprezach na luksusowych jachtach i bezgranicznym dostępie do fanów. Między niemi pojawiają się szybkie cięcia akcji z walkami i uciekaniem od uzbrojonych napastników, co przywodzić może na myśl styl filmowców takich jak Edgar Wright czy Guy Ritchie.

Jednakże po obejrzeniu produkcji okazało się, że najciekawsze i najpełniej rozwinięte fragmenty nie były wynikiem pracy samego algorytmu - wmieszano tam znaczną dozę ludzkiego kuratowania i edycji. To podkreśla fundamentalne ograniczenie współczesnych systemów generatywnych: ich zdolność do tworzenia całościowo satysfakcjonującej treści wciąż pozostaje ograniczona, gdy brakuje interwencji człowieka.

To odkrycie ma szerokie implikacje dla branży medialnej i kreatywnej. Pokazuje, że AI doskonale nadaje się do przyspieszania produkcji i generowania surowego materiału, ale ostateczny rezultat wymaga ludzkiego dotknięcia - oceny, smaku i zrozumienia, co naprawdę działa narracyjnie. Być może przyszłość nie polega na tym, czy maszyny zastępią twórców, lecz na tym, jak efektywnie nauczyć je współpracować z człowiekiem na każdym etapie procesu twórczego.