Kilkadziesiąt najlepszych sportowców świata zebrało się na niezwykłych igrzyskach sfinansowanych przez miliarderów. Niemal wszyscy z nich brali koktajl zakazanych substancji: testosteron, hormony wzrostu, EPO, a także mniej znane modafinil czy meldonium. To nie była przypadkowa historia o przyłapanych oszustach—to była całkowicie otwarta, publiczna impreza, gdzie wszyscy wiedzieli, co się dzieje.

Impreza stanowiła spektakularny przesuw granic tego, co sport pozwala sobie tolerować. Zamiast schodzić w mrok, doping wkroczyła na scenę ze wszystkimi światłami. Miliony dolarów czekały na zwycięzców, a to wystarczyło, by niektórzy zupełnie otwarcie zaakceptowali farmakologiczne doskonalenie człowieka. Pytanie już nie było, czy doping jest możliwy—było jasne, że jest. Pytaniem stało się: czy nam się podoba świat, w którym to norma?

To okno w naszą kulturę. Odkrywa nie tyle słabości sportu, ile głębokie sprzeczności naszego podejścia do ciała, konkurencji i doskonałości. Chcemy heroicznych wyników, ale nie chcemy mówić o cenie, jaką ci ludzie płacą. Igrzyska sterydów zmusiły nas, by spojrzeć na tę cenę wprost.