Disneyland oficjalnie wdrożył technologię rozpoznawania twarzy do monitorowania swoich gości, co stanowi kolejny krok w cyfryzacji doświadczenia turystów na terenie parku. System ma wspierać identyfikację odwiedzających, zarządzanie wejściem oraz dostosowywanie oferty do indywidualnych preferencji każdego gościa. To rozwiązanie wpisuje się w szerszy trend wykorzystywania biometrii w sektorze rozrywki i turystyki, gdzie duże korporacje testują nowe sposoby personalizacji usług. Jednak już na etapie wdrażania pojawiają się pierwsze wątpliwości zarówno wśród użytkowników, jak i ekspertów zajmujących się bezpieczeństwem danych.

Głównym polem obaw jest przetwarzanie wrażliwych danych biometrycznych tysięcy turystów bez wyraźnej ich zgody i bez zagwarantowania pełnej transparentności co do celów użycia. Technologia rozpoznawania twarzy budzi kontrowersje z przyczyn związanych z bezpieczeństwem, prawami człowieka i możliwością zaburzenia anonimowości nawet w przestrzeni publicznej. Dysneyowi chodzi przede wszystkim o zwiększenie efektywności obsługi gości i ulepszenie ścieżki ich podróży po parku, ale detale dotyczące przechowywania danych, ich bezpieczeństwa i tego, czy będą udostępniane stronom trzecim, pozostają niejasne.

Sprawa przykuwa uwagę nie tylko mediów, ale także regulatorów zajmujących się ochroną prywatności. W wielu krajach europejskich, w tym w Polsce, tego typu wdrożenia byłyby znacznie trudniejsze ze względu na unijne przepisy RODO. Z drugiej strony, w Stanach Zjednoczonych, gdzie Disneyland operuje, przepisy są mniej restrykcyjne, co daje korporacjom większą swobodę. To rozwiązanie będzie prawdopodobnie wzorem dla innych operatorów parków rozrywki, ale jednocześnie może stać się przyczynkiem do dyskusji o granicach tego, jak daleko powinny sięgać korporacje w zbieraniu i przetwarzaniu danych biometrycznych konsumentów.