Pięciu dużych wydawców wznowiło batalię sądową z Metą, oskarżając koncern o nielegalnego zasilania modelu Llama materiałami chronionymi prawem autorskim. Tym razem prawnicy powodów przygotowali silniejsze, bardziej konkretne dowody niż ci, którzy pozywali Metę wcześniej - to może być przełomowy moment w rosnącym sporze o to, czy giganci technologiczni mogą bez pozwolenia korzystać z cudzych tekstów do trenowania sztucznej inteligencji. Llama, jeden z najpopularniejszych otwartych modeli języka dostępnych na rynku, już od premiery napotykał krytykę ze strony autorów i wydawców, którzy podejrzewali, że ich prace trafiły do danych treningowych bez ich wiedzy czy zgody.
Historia toczona przez wydawców przeciwko Mecie trwa już kilka miesięcy, ale poprzednie próby pozwów nie przyniosły przełomu. Teraz sytuacja się zmienia - nowi powodowie dysponują dokumentacją, która bardziej precyzyjnie pokazuje, jak Meta musiała sformatować i przetworzyć chronione publikacje. To nie są już ogólne podejrzenia, ale materiały wskazujące na konkretny mechanizm, którym koncern się posługiwał. Przypadek zyska na znaczeniu również dlatego, że wyrok w tej sprawie może zapaść w czasie, gdy inne firmy z branży AI - OpenAI, Google czy Anthropic - stoją w szranki przed podobnymi pozwami.
Otwartym pytaniem pozostaje, ile takie procesy będą warte dla wydawców i czy amerykańskie sądy uznają działania Mety za naruszenie prawa autorskiego, czy też za dozwolone wykorzystanie danych do celów szkoleniowych. Wynik może zmienić sposób, w jaki przedsiębiorstwa technologiczne budują przyszłe modele AI i jaki typ licencjonowania będą musiały negocjować z twórcami treści.