Pożar w holenderskim data center w Almere zapalił światła ostrzegawcze w całej branży IT - ujawnił bowiem, jak katastroficznie słaby może być backup sytuacji krytycznych systemów infrastrukturalnych. Jeden incydent wyeliminował z gry uniwersytet, paraliżując jego operacje, jednocześnie powodując awarie w systemach transportu publicznego, które polegały na danych przechowywanych w tym samym obiekcie. Historia wydaje się czerpana wprost z podręcznika o tym, co może pójść nie tak, ale tym razem stała się rzeczywistością.
Problem leży w fundamentalnym założeniu, które wiele organizacji - od uczelni po operatorów transportu - traktuje zbyt lekko. Choć dostawcy usług cloud i data center oferują techniczne gwarancje uptime'u i redundancji, sama fizyczna bezpieczeństwo budynku pozostaje szarą strefą. Gdy pożar przeniknął przez systemy bezpieczeństwa i dotrze do serwerowni, żadne szyfrowanie ani architektura rozproszona nie uchronią organizacji, która trzymała jajka w jednym koszyku. Uniwersytet i transport publiczny mogły teoretycznie mieć kopie zapasowe, ale w praktyce często brakuje im środków, planowania lub właśnie zdywersyfikowanego hostingu u kilku dostawców jednocześnie.
Incydent w Almere to ostrzeżenie dla całej Europy, a szczególnie dla polskich organizacji odpowiedzialnych za usługi krytyczne. Budowanie rzeczywistej redundancji - czyli rzeczywiście działającego backup'u u konkurencyjnych dostawców, w różnych lokalizacjach geograficznych - kosztuje, ale koszt bezczynności może być dziesiątki razy wyższy. Pytanie pozostaje jednak otwarte: kto odpowiada za fizyczne bezpieczeństwo infrastruktury IT? Operator data center, czy organizacje, które powieściły od niego swoją funkcjonalność? To pytanie bez jasnej odpowiedzi może być jeszcze większym problemem niż sam pożar.