Meta i Google wspierają finansowo organizacje zajmujące się ochroną dzieci w internecie, które następnie przytaczają w swoich stanowiskach przedstawianych regulatorom. Giganci technologiczni łączą w ten sposób interesy biznesowe z pozorem niezależności ekspertów, którzy powinni być rzecznikami najmłodszych użytkowników. Praktyka ta trafiła w światło reflektorów jako potencjalny konflikt interesów - firmy finansują grupy, które z kolei wspierają ich pozycje w regulacyjnych sporach, a następnie przedstawiają je jako głosy niezaangażowanych naukowców i aktywistów.

Takie powiązania finansowe budują zaufanie tylko pozorne. Gdy Meta czy Google walczą z regulacjami dotyczącymi bezpieczeństwa danych dzieci lub ograniczenia szkodliwych treści, mogą się powołać na "niezależne badania" i rekomendacje grup, które wcześniej otrzymały od nich milionowe dotacje. Dla organów regulacyjnych, które decydują o przyszłości takich platform, to utrudnia ocenę rzeczywistych zagrożeń i podejmowanie bezstronnych decyzji legislacyjnych. Ujawnienie tych powiązań zmienia perspektywę - to nie są już autentyczne głosy społeczeństwa obywatelskiego, ale elementy strategii lobbingowej wielomiliardowych korporacji.

Jeśli w grę wchodzą publiczne procesy konsultacyjne czy przesłuchania sejmowe, ujawnienie konfliktów interesów staje się kluczowe dla transparentności. Organy regulacyjne powinny wiedzieć, kto faktycznie stoi za daną pozycją i czy sięga ona do niezawisłych źródeł, czy jest częścią skoordynowanej kampanii promocyjnej. Dla użytkowników i rodziców dzieci w internecie chodzi o to, aby regulacje powstawały na podstawie rzetelnych danych, a nie marketingowych zagrywek dużych platform.