Jeremy Scheff chwyta w słowach to, co tracą programiści wraz z rozkwitem agentów kodujących i LLM-ów. Kiedyś praca programisty stanowiła idealne połączenie престижu i satysfakcji intelektualnej - dostawało się pieniądze za rozwiązywanie trudnych logicznych zagadek, a im bardziej skomplikowany problem, tym wyższa stawka. Zwykli ludzie po prostu nie mogli tego robić, dlatego świat potrzebował nas. My sami decydowaliśmy o strategii, wyznaczaliśmy harmonogram, definiowaliśmy możliwości. To była autonomia mieszana z wyzwaniem.

Teraz sytuacja zmienia się diametralnie. Dla programisty, którego napędza potrzeba budowania działających systemów niezależnie od natury rozwiązywanego problemu, agenty kodujące stanowią nieocenione narzędzie. Mogą przejąć znaczną część rutynowej pracy, zostawiając mu czas na architekturę i nadzór. Problem pojawia się dla tych, którzy rzeczywiście zakochali się w samym procesie - w rozgryzaniu zagadki, wymyślaniu eleganckiego rozwiązania, w stopniowym budowaniu kodu od zera.

Strata dla tej drugiej grupy jest bardzo realna. To nie tylko kwestia zarobków, choć automatyzacja może wpłynąć na rynek pracy. To utrata sensu zawodu - tej specjalnej satysfakcji, którą dawało bycie biegłym w rzemiośle, które niewielu potrafiło uprawiać. Agenty kodujące odsuwają nas od roli twórcy puzzli na pozycję kierownika puzzli, a dla wielu programistów ta zmiana oznacza koniec ery, którą pokochali.