Autor książki "Future of Truth" zaznaczył, że używał AI w swojej pracy, ale nie potrafił wyjaśnić dziennikarzowi Wired'a, w jaki dokładnie sposób to robił. Sytuacja jest tym bardziej absurdalna, że książka miała traktować o przyszłości prawdy - pojęciu, które zakłada przejrzystość i uczciwość komunikacji. Incydent ujawnił znaczną lukę pomiędzy deklaracją użycia narzędzi sztucznej inteligencji a rzeczywistą wiedzą autora na temat jego vlastnego workflow'u.

Problem ujawnia się na szerszą skalę w branży medialnej i wydawniczej. Eksperci i pisarze coraz częściej sięgają po narzędzia takie jak ChatGPT czy inne duże modele językowe, czasem po prostu żeby przyspieszyć pracę, czasem nie do końca rozumiejąc, co dokładnie robią te systemy. Tymczasem czytelnicy, słuchacze i odbiorcy nie mają żadnych jasnych informacji, gdzie AI brało udział w tworzeniu treści, a gdzie pracował człowiek. To tworzy problem fundamentalny - trudno mówić o przyszłości prawdy, gdy sama przejrzystość aktualnie używanych narzędzi jest kwestionowana.

Sprawa rodzi dyskusję o standardach etycznych w mediach i edycji. Czy autorzy powinni ujawniać dokładnie, do jakich celów wykorzystali AI - czy chodzi o edycję, fact-checking, wstępne szkice czy generowanie całych fragmentów tekstu? Branża jeszcze nie ustaliła jasnych wytycznych, a sytuacja autora "Future of Truth" pokazuje, że nawet sami twórcy mogą nie mieć świadomości, jak kompleksowo wplątane są w ich pracy narzędzia sztucznej inteligencji. To wymaga срочnych rozmów o regulacjach i przejrzystości w erze AI.