Lobbyści z Big Tech od miesięcy forsują ambitny plan: federalne prawo o sztucznej inteligencji, które zostałoby uchwalono w Kongresie i podpisano przez prezydenta. Jego celem jest wprowadzenie jednego, spójnego zestawu reguł dla całego kraju, zamiast dzisiejszego chaosu, gdzie każdy stan może narzucić własne przepisy.
Dziś mamy bałagan regulacyjny – California ma swoje standardy, Nowy Jork inne, a firmy muszą żonglować dzesiątkami różnych wymogów. To raje dla prawników, piekło dla inżynierów. Big Tech widzi preempcję jako złoty graal: jedna federalna regulacja, która zniosłaby wszystko poniżej. To nie jest przypadek – chodzi o pozycję. Im bardziej pofragmentowany system, tym trudniej działać; im bardziej ujednolicony, tym łatwiej spełnić wymogi.
Pytanie brzmi: czy mają szansę? W najbliższych miesiącach będzie krytycznie. Lobby technologiczne ma moc finansową i dostęp do decydentów, ale robi się tu też politycznie. Mniejsze stany mogą chcieć zachować swoją autonomię regulacyjną, a aktywisty zajmujący się bezpieczeństwem AI mogą argumentować, że jeden standard federalny będzie zbyt słaby. To walka o kształt przyszłości.